Wielka szkoda. Miało być Wielkie Święto. Wyszła wielka kapa. <br />
Najpierw: wyjazd późniejszy niż planowany. Później korki jeszcze większe niż myślałem. Koniec końców dojechaliśmy 2 godziny spóżnieni i do tego głodni. No to jeszcze zamiawianie pizzy. Później jeszcze pograliśmy w pingla z Tomkiem chwilę. No i na pogaduchy czasu prawie nie było. A że ciągle miałem na garbie samochód to i piwa żadnego. A tu tylu fajnych, rozentuzjazmowanych keszerów. Każdy z błyskiem w oku i zapałem. A tu już się ciemno zrobiło i zamieniłem po dwa słowa raptem z kilkoma osobami. I już trzeba było jechać (z nieudaną próbą ataku na Pachołka po drodze). Chciałbym kiedyś powtórzyć Paszczę, tym razem w pełnym wymiarze. <br />
PS. Tomek mi tu patrzy przez ramię i poprosił, żeby dopisać, że jemu też się bardzo podobało

<br />