Największy na świecie niekomercyjny serwis geocachingowy
GeoŚcieżki - skupiające wiele keszy
Ponad 1000 GeoŚcieżek w Polsce!
Pełne statystyki, GPXy, wszystko za darmo!
Powiadomienia mailem o nowych keszach i logach
Centrum Obsługi Geokeszera wybierane przez Społeczność
100% funkcjonalności dostępne bezpłatnie
Przyjazne zasady publikacji keszy
Musisz być zalogowany, by wpisywać się do logu i dokonywać operacji na skrzynce.
stats
Zobacz statystykę skrzynki
Łańcuckie legendy No. 4 - Trupenlazaret - OP4098
Właściciel: suzana
Zaloguj się, by zobaczyć współrzędne.
Wysokość: 224 m n.p.m.
 Województwo: Polska > podkarpackie
Typ skrzynki: Tradycyjna
Wielkość: Mikro
Status: Gotowa do szukania
Data ukrycia: 19-09-2011
Data utworzenia: 19-09-2011
Data opublikowania: 19-09-2011
Ostatnio zmodyfikowano: 30-07-2013
136x znaleziona
4x nieznaleziona
2 komentarze
watchers 2 obserwatorów
89 odwiedzających
84 x oceniona
Oceniona jako: normalna
Musisz się zalogować,
aby zobaczyć współrzędne oraz
mapę lokalizacji skrzynki
Atrybuty skrzynki

Można zabrać dzieci  Dostępna dla niepełnosprawnych  Dostępna rowerem  Szybka skrzynka  Weź coś do pisania  Przyczepiona magnesem  Miejsce historyczne 

Zapoznaj się z opisem atrybutów OC.
Opis PL

Legenda pochodzi z książki Zbigniewa Trześniowskiego pt. " Didko spod kamiennego mostu. Legendy i opowieści z Łańcuta i okolicy".

 

"Kiedy zakon OO Dominikanów w Łańcucie uległ kasacie i przełożony, Ojciec Wincenty wyprowadził stąd swych współbraci do Dzikowa – wtedy opuszczony przez nich majątek w większości zagarnęły wojskowe władze austriackie. One to w dotychczasowym klasztorze i kościele przy nim umieściły szpital wojskowy, który dotąd znajdował się w innym budynku. Czynny był ten szpital potem jeszcze przez kilkadziesiąt lat i był przede wszystkim zapleczem medycznym dla tutejszego garnizonu c.k. wojska.
W szpitalu jak to w szpitalu, starano się leczyć chorych, ale przecież nie wszystkich udawało się przy żywocie utrzymać. Wszak byli i tacy i to zapewne liczni, co nie gdzie indziej, a właśnie tu kończyli swe życie. Ha, zapewne też niejednego ze zmarłych pochowano szybko i bez ceregieli na szpitalnym zapleczu. A najlepiej tego było dokonać w dawnym klasztornym ogrodzie, jaki od strony północnej i zachodniej przytykał do murów niedawnego klasztornego kościoła. Tak więc do szczątków zakonników pochowanych w podziemiach kościoła dochodziły potem szczątki żołnierzy i to różnych narodowości. Wszak z takich właśnie składała się zaborcza cesarsko – królewska armia.
Wspomniany szpital wojskowy, czyli lazaret funkcjonował tutaj do chwili wybuchu wojny światowej. Kiedy żołnierze z miejscowego garnizonu wymaszerowali na front, ich medycy zwinęli tu kram i poszli za tamtymi w pole walki. W opuszczonym przez wojsko budynku znalazły pomieszczenia inne instytucje, a w jego części zamieszkali lokatorzy.
Ot, i tyle w skrócie mówi o tym gmachu historia. Ale przecież ona wszystkiego nie powie. Bo są i takie rzeczy, których ta przemilczy, a powiedzieć o nich warto.
Przecież w zakamarkach budynku dawnego klasztoru, a potem szpitala, zdarzały się czasem rzeczy nie z tej ziemi. Dziwne i nienaturalne. Oto widomym śladem po dawnym klasztorze był pewien fresk w podziemiach gmachu, przedstawiający postać Matki Bożej. W klasztorze był niezbędny, bo przecież po to go namalowano. A w szpitalu, w którym też sporo protestantów leczono, ów fresk był, jak uważano, zbędny. Ale kiedy wszystkie malowidła wokół udało się zabielić, to tej postaci Maryi nie imało się wapno. I chociaż czyniono przeróżne wysiłki i dobierano materiały, nawet żadna z farb nie pokryła tego fresku. Wszystko spływało z postaci Matki Bożej, niczym woda z szyby…
I postać ta na ścianie zawsze świadczyła o poprzednim przeznaczeniu tego gmachu. Tak, to po klasztorze była pamiątka, niezniszczalna prawie, bo nawet z zaborców nikt nie odważył się skuć tego fragmentu ściany.
A śladem po szpitalu wojskowym miały być pewne, nienaturalne zjawiska. Oglądane przeważnie przez kobiety, ówczesne lokatorki tego domostwa. Niejedna z nich, jak to w domu, otwierała nieraz drzwi do któregoś z pomieszczeń i za nimi niespodziewanie napotykała postać. Nieważne było gdzie, w mieszkaniu, w pomieszczeniu gospodarczym, ba, nawet w gdanisku. Ot, za drzwiami stała postać…
Bywał to żołnierz. Odziany w szary mundur ze stójką pod brodą błyszczącą gwiazdkami, ze sznurem srebrzystym zwisającym łukiem od lewego pagonu do guzika jednorzędowego bluzy, przepasanej szerokim skórzanym pasem, trzewikach na nogach, w pasmach owijaczy od kostek do kolan, w szarych portkach wpuszczonych za te owijacze, niczym cholewki wysokich butów. Wreszcie w okrągłym czako na głowie, spod którego wyglądała twarz – czasem bledziutka młodzieńcza, to znów wąsata gęba wiarusa…
Ha! To wypisz, wymaluj obraz austriackiego wojaka. A po tych dawno w Łańcucie śladu nie było. A tu?
Przeważnie po takim niespodziewanym spotkaniu oko w oko biedna kobiecina wycofywała się z krzykiem z przerażenia. Zatrzaskiwała za sobą drzwi, za nimi żadnej postaci z materii ani też ducha nie było.
Zdarzało się też, że drzwi nie zostawały zatrzaśnięte, a osoba widząca ową postać za nimi, mimo przestrachu wytrzymała na miejscu. Widziała wtedy, jak owa postać żołnierza, zrazu wyraźna niczym na malunku, rozpływała się powoli, wreszcie nikła. Znikała bez jednego słowa – prośby czy rozkazu. Bez słowa wyjaśnienia, – kto zacz, a jeśli duch pokutujący, to, za co cierpi i czego mu potrzeba…"


I krótka notka Autora:
"(…) Emil Blajer opowiadał o zjawie w postaci żołnierza, a miał on popełnić samobójstwo. (…) Pamiętam też, że w roku 1961 albo 1962 w podziemiach kościoła przygotowywano miejsce pod kotłownię c.o. Wtedy też wywieziono stamtąd sporo ludzkich szczątków, pogrzebanych tam przez wieki zakonnikach. Szczątki te w skrzyniach wywieziono na cmentarz. Nieco później, w trakcie prac wodociągowych na placu obecnego parkingu przy budynku podominikańskim, wykopano też ludzkie kości. Wspomniano wówczas, że byli to zmarli pacjenci austriackiego trupenlazaretu. Byłem świadkiem tych wykopków dokonanych przez pracowników wodociągów miejskich. Zresztą żyją jeszcze inni świadkowie tego zdarzenia…"



---

Skrzynka to mikro - magnetyk. Koniecznie weź ze sobą coś do pisania. Współrzędne pokazują miejsce ukrycia skrzynki z dokładnością +/- 6m.
W klasztorze mieści się obecnie siedziba PTTK a także liczne pomniejsze sklepy, weterynarz, ect. Można wejść spokojnie do środka i pooglądać choć trochę, przy czym "kramy dominikańskie" otwierane są o 8 i zamykane chyba po 17 - skrzynka znajduje się na zewnątrz, więc godziny otwarcia nie dotyczą kesza. Wewnątrz można zobaczyć ciekawą mapę pt. "Zabytki architektury przyrody i folkloru ziemi łańcuckiej" - wejście od strony centrum miasta - jak do weterynarza, po prawej stronie po wejściu do budynku.
Osoby niepełnosprawne mogą podjąć skrzynkę, choć może przydać się niewielka pomoc, ze względu na wysokość ok. 1,4 m.

Dodatkowe informacje
Musisz być zalogowany, aby zobaczyć dodatkowe informacje.
Obrazki/zdjęcia
Mapa
Wejście do PTTK